Dramat zwierząt w Ludwikowicach
Pięć psów odebranych właścicielce na zasadzie porozumienia stron oraz zobowiązanie jej do natychmiastowej poprawy warunków bytowych pozostałych zwierząt to wynik wczorajszej (29 października 2011 r.) interwencji EKOSTRAŻY w Ludwikowicach Kłodzkich.
Bez taniego efekciarstwa EKOSTRAŻY udało się profesjonalnie i efektywnie przerwać gehennę zwierząt w Ludwikowicach. Skuteczna akcja EKOSTRAŻY - jak zawsze - nie byłaby możliwa bez zaangażowania naszej FACEBOOK'owej społeczności (serdeczne dzięki!). 6 kolejnych psów zostało zabranych z Ludwikowic Kłodzkich kilka dni później w wyniku niezależnej interwencji naszych przyjaciół z organizacji ochrony zwierząt OTOZ ANIMALS.

[ZOBACZ MATERIAŁ FILMOWY Z INTERWENCJI - TVN UWAGA]
ALAN WEISS, wolontariusz EKOSTRAŻY
(tekst z dnia 30 października 2011 roku)
Bajka o hodowli a'la Bracia Grimm
Ludwikowice. Jesienno bajkowy krajobraz sielanki, w którym miała miejsce inna bajka. Bajka rodem z Braci Grimm. Bajka o pseudohodowli psów husky. Gospodarstwo na wzgórzu. Typowo polskie. Czyli wszędobylski pierdolnik, błoto, zardzewiałe sprzęty rolnicze itd. Ale to się zdarza często. Sytuacja wszak bywa trudna. Brak pracy, kilkoro dzieci na wychowaniu itd. Jeśli jednak urządzanie sobie życia w ten sposób jest problem ludzi, to już wciąganie w swoje problemy innych stworzeń, gdy nie jest się w stanie zapewnić im odpowiednich warunków jest niepełnosprawnością emocjonalną i okrucieństwem.
Gospodarze postanowili urządzić atrakcję turystyczną. Psie zaprzęgi. A skoro psie zaprzęgi to oczywiście Husky. Tyle, że od kilku lat wciąż planują stworzyć im odpowiednie warunki. A psów przybywa. Na łańcuchu przy budzie stała makabrycznie wyglądająca suczka. Właściwie tylko po błękitnych oczach można było rozpoznać, że być może kiedyś była pięknie wyglądającą przedstawicielką rasy husky. Dzisiaj to skóra i kości. Wyleniała sierść. Chodzący szkielet pokryty brudno-szarą szczeciną. Ale szkielet czujący. Wtulający głowę, gdy się tylko podejdzie. Obok pusty garnek. Pies skrajnie odwodniony. Oczywiście wody w pobliżu też brak. Zdaniem właścicieli to młode ją tak wyssały… Ponoć był weterynarz. Zalecał większe racje żywnościowe. Raczej nie zastosowano się do zalecenia.
Za budą z wynędzniałą sunią, poletko z palikami. 9 prętów przy których na łańcuchach leżą dzieci owej suni. Kilkuletnie. Przy każdym miska, ale pusta. Brak wody. Większość patrzyła na nas smutno. Jeden wcale się nie podnosił. Zdaniem gospodarzy psy dostają wodę i jedzenie. Jedzeniem miał być ryż i mięso, które kupują od rzeźnika. Obok owego zwiniętego i ewidentnie chorego psiaka stała miska. Pełna. Pełna rozmoczonego chleba. Podniósł się na chwilę i zaczął wymiotować. W wymiocinach nie było widać ani ryżu ani mięsa. Były za to spore kawałki marchewki, chyba kawałek selera i plasterki jabłek… Właściciele z uśmiechem mówili: „A, tak! Bo one bardzo lubią jabłka!”. Nie dziwię się. Jak się dostaje głodowe albo żadne porcje jedzenia, to je się wszystko. Psy prawdopodobnie na tym poletku spędzają cały czas. Bez żadnej osłony od deszczu lub słońca. Wprawdzie gospodarze twierdzą, że są one też czasem przetrzymywane w kojcach…
Poszliśmy do kojców. To co miało być budą było nieco większym karmnikiem. Daszek, a pod daszkiem kawałek deski albo palety. Czasem resztki słomy na betonie. Żaden z psów, które widzieliśmy nie byłby w stanie zmieścić się pod żadnym z tych daszków. Oczywiście nie było ani ścianki przedniej ani tylnej. ½ psa mogła się skryć przed deszczem. Przed wiatrem już raczej nie. Nad jednym z „kojców” rozwieszona była foliowa płachta, bowiem buda się rozpadła… Ale nawet licząc ilość bud (łącznie z tą złożoną) było ich mniej niż psów. Fekalia, które napotykaliśmy wskazywały na spore problemy żołądkowe. Wszystkie były płynne i miały szary kolor. Gospodarze skwitowali to w ten sposób: „A pewnie się czymś zatruły. Albo ktoś ze wsi podtruł.” Na betonowym daszku znaleźliśmy jeszcze dwa psy. Także wychudzone i odwodnione. Nie na uwięzi był szczeniak husky i stara suczka wyglądająca na owczarka podhalańskiego. Niemniej, kiedy szliśmy a szczeniak do nas wybiegł, gospodyni krzyczała na niego, że jak będzie uciekał, to go na łańcuch przywiąże. Na owym poletku z palikami była także Łapka. Kundelek ze zdeformowaną przednią łapą. Krótszą o połowę od pozostałych nóg. Z części dolnej wystawały dwa pazury. Podpierała się niezdarnie na tej krótszej nóżce, ale jak tylko się do niej podchodziło przewracała się na plecy błagając o dotyk.
W akcji towarzyszyła nam telewizja TVN. Prosiliśmy ich jednak, żeby nie wchodzili z nami do gospodarzy, bo mogą ich wystraszyć. Zawsze to lepiej starać się porozmawiać na spokojnie i przekonać do oddania psów, zanim się podejmie bardziej zdecydowane działania. Dziennikarze spisali się świetnie. Nie podchodzili i nie naciskali na zrobienie materiału w gospodarstwie. Rozmawiali z nami przed interwencją i tuż po. Chcą z tego zrobić osobny program i pomóc nam znaleźć domy tymczasowe i stałe, dla psów.
Co ciekawe, psy mają książeczki, choć terminy szczepień minęły kilka tygodni temu. Jakiś weterynarz je jednak doglądał. Co to za weterynarz? – będziemy sprawdzać. Jak bowiem mogło dojść do tego, że w takim stanie zostawił psy wymagające natychmiastowej pomocy.
Kiedy prowadziliśmy odebrane psiaki, dwa z nich próbowały rzucić się na siebie na widok leżącego jabłka…
Póki co gospodarze zgodzili się zrzec pięciu psów. Wzięliśmy te najbardziej potrzebujące. Chorego samca spod palika, skrajnie wychudzoną sunię, Łapę, szczeniaka i jednego samca z tarasu. Psy są teraz w domach tymczasowych, dla których szukamy dobrych i cierpliwych opiekunów. Wszystkie otoczone są opieką weterynaryjną. Właściciele z Ludwikowic mają miesiąc na poprawę warunków. Rzekomo już załatwili kredyt, który chcą przeznaczyć na boksy dla psów i na budy. Na pewno pojedziemy to sprawdzić. Tym bardziej, że oprócz psów są tam konie. Jeden z raną na nodze stał w pomieszczeniu z pustymi otworami okiennymi bez dostępu do wody. Dalej było ciemne niewielkie pomieszczenie bez poideł, w którym pozostałe 8-13 koni spędza zimowe noce. Na dzień, również zimą, są wypędzane na pole. Teraz cały czas stoją na zewnątrz. Więc przy okazji kontroli na pewno przyjrzymy się bliżej ich warunkom.
Jeszcze nie znamy końca tej bajki. Może również dzięki ludziom, którzy zechcą nam pomóc w szukaniu domów i wsparciu finansowemu na leczenie oraz odpowiednią karmę, koniec nie będzie makabryczny, jak to zwykle bywa z opowieściami Braci Grimm.
Galeria zdjęć:
























